Nasze ostatnie leśne zdjęcie – po co nam one?

Pierwsza sesja z Matyldą – Mati miała niecałe sześć dni.

Patrzę na te zdjęcia i widzę szczegóły, których nie ma na innych zdjęciach. Widzę jak bałam się czy nie zrobię jej krzywdy. Widzę główkę, która jeszcze nie jest całkiem okrągła, widzę stopkę mniejszą od mojego kciuka, widzę błędy o których wtedy nie miałam pojęcia. Widzę swoje szczęście i niepewność Dominika. Mogę bez problemu wrócić do tamtych chwil. Mało jest rzeczy, które mają dla mnie taką wartość jak te zdjęcia.

Ale po co nam zdjęcia?

Przy wszystkich okazjach do robienia zdjęć jestem głównym rodzinnym fotografem. To Dominik ma zdjęcie, gdy śpi z kilkudniową Matyldą w łóżku, mimo, że ja spałam z nią sama codziennie. To Dominik ma całą sesję z wyjazdu w góry, choć wcale tego nie chciał. I tak omijają mnie zdjęcia, a Matylda z każdym dniem się zmienia. Wygląda całkiem inaczej. No i zdjęcia w trójkę, bo ile można mieć selfie?

Zdjęcia są dla mnie najlepszą pamiątką, formą zatrzymania wspomnień.

A co z sesją w lesie?

Było kilka fuckupów, jak moja rozwalona fryzura, o której nie wiedziałam do końca zdjęć, nie współpracujący Aldor ciągle biegający z gałęzią, czy brak zdjęć w chuście, bo po prostu o niej w tym wszystkim zapomnieliśmy. Mimo to, a może właśnie dlatego, bardzo lubię tę leśną sesję. Patrząc na te zdjęcia widzę nas takich jakimi jesteśmy na codzień.

Myślę już o kolejnej sesji, choć nie mogą być zbyt często, bo Dominik by tego nie zniósł ;).

????: trzy kadry

Dodaj komentarz