Ciąża to choroba. Czyli najtrudniejszy okres w moim życiu.

Dokładnie rok temu o tej porze leżałam w łóżku i myślałam, że umieram.

Nie byłam w stanie przełknąć wody, zjeść kromki chleba. Ubieranie się było czymś tak ciężkim, że cały dzień spędzałam w szlafroku. Choć może się to nie wydawać – byłam zdrowa.

Żyłam na kisielu, bo po wszystkim innym wymiotowałam – żadne sucharki, banany, herbaty, imbir. Jeśli rano byłam w stanie coś zjeść, to popołudniu zapach tej samej rzeczy wywoływał mdłości. Było tak źle, że zwracałam żółć z krwią. domyślacie się już co mi dolegało? Tak, byłam w ciąży.

Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży chciałam pracować jak najdłużej. Wtedy czułam się doskonale. Lubiłam kontakt z innymi ludźmi, zakupy spożywcze w drodze do domu, głośne słuchanie muzyki w samochodzie. Jednak przede wszystkim nie chciałam wypaść z wiru pracy, bo wszystko szybko się zmienia.

Niestety czułam się najgorzej w całym moim życiu.

Lekarz prowadzący ciążę uważał, jak większość naszego społeczeństwa, że ciąża to nie choroba, więc jeździłam do pracy. W torebce miałam zawsze przy sobie kubeczek jednorazowy, gdybym nie zdążyła dobiec do toalety, bo dojazd z domu do pracy zajmował mi około 30 minut. Gdy zamknięta w samochodzie, stojąc na światłach w środku miasta w godzinie szczytu wymiotowałam do kubeczka postanowiłam zmienić lekarza. Tego samego dnia doszły mi problemy neurologiczne, podejrzenie zapalenia wyrostka i dostałam skierowanie do szpitala w trybie pilnym. Niestety mój lekarz nie słyszał o czymś takim jak niepowściągliwe wymioty ciężarnych.

Ciąża to choroba.

Być może spotkaliście się z komentarzem, że: „jeszcze brzucha nie widać, a już na L4 idzie” – to byłam ja. W żadnym późniejszym etapie ciąży nie czułam się tak źle. W 9 miesiącu szyłam na maszynie i kilka razy w tygodniu jeździłam komunikacją miejską m.in. z przesiadkami na wizytę u lekarza, z której prosto pojechałam do szpitala (o tym przeczytasz w poście o porodzie). A cały pierwszy trymestr przeleżałam w łóżku i nic z niego nie nie pamiętam – oprócz wymiotów oczywiście. Nawet nie mam zdjęć z tego okresu ciąży.

Na pocieszenie dodam, że bardzo mi pomagały tabletki prevomit, jednak sam imbir niestety u mnie nie działał. Na zwolnienie przeszłam jakoś w okolicy 12 tygodnia ciąży, później pomimo mojego dobrego samopoczucia ciąża musiała być podtrzymywana hormonami, więc ze względu na charakter pracy nie zdecydowałam się na powrót.

Miałam czas na przygotowanie się do porodu i macierzyństwa.

Masz jakieś pytania? Codziennie spotkasz mnie na moim Instagramie: www.instagram.com/mamalesswaste i tam też szybciej na nie odpowiem :).

Myślisz, że komuś może się przydać ten wpis? Śmiało go udostępnij i puść dalej w świat.


Przeczytaj też: Moja historia porodowa – długa, ale ze szczęśliwym zakończeniem., Wyprawka – nasze najlepsze i najgorsze wybory i Czym jest rodzicielstwo bliskości? Osiem filarów.


Lubisz moje treści i chcesz mnie wesprzeć? Chodź napić się ze mną kawy 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz