Moja historia porodowa – długa, ale ze szczęśliwym zakończeniem.

Poród.

Byłam pewna, że przygotowałam się merytorycznie do porodu. Pod koniec ciąży dołączyłam do grupy „Błękitny poród”. Piłam herbatę z liści malin, masowałam krocze, przygotowałam termofory z pestek wiśni, piłki do masażu i tens. Oj jak bardzo się myliłam – nie przygotowałam się do indukcji.

38 tydzień ciąży.

Pierwsza ciąża. Ja zdrowa, dziecko zdrowe, mała na badaniach od zawsze mniejsza, ale rosła miarowo. W 36tc (tygodniu ciąży) AFI (współczynnik ilości wód płodowych) wynosiło 6, w 37tc – 9, w 38tc – 4,5. Prosto więc z wizyty u ginekologa jechałam ze skierowaniem do szpitala.

Planowałam poród w Oleśnicy, jednak ze względu na małowodzie zdecydowałam się pojechać na Borowską we Wrocławiu. Tam oddział przepełniony. Pani doktor na izbie przyjęć powiedziała, że z małą jest wszystko dobrze i mam jechać jeszcze dzisiaj do innego szpitala. Było po dwudziestej.

Pojechaliśmy do Oleśnicy. Wykonano mi drugie KTG tego dnia, trzecie badanie na fotelu i ostatnie w tym szpitalu USG. Było późno, a ja byłam zmęczona – wyszłam z domu po piętnastej, była już dwudziesta trzecia. Zostałam przyjęta na patologię. Z przerażeniem zapytałam czy poród będzie indukowany – doktor myślał, że pewnie pytam o dzisiaj – zaśmiał się i powiedział, że nie. Odetchnęłam z ulgą. Myślałam że teraz zapowiada mi się leżenie pod kroplówką aż ilość wód się unormuje. Coś jak kolonie, tyle że w szpitalu. Podeszłam do sprawy optymistycznie, bo przecież małowodzie nie kwalifikuje do indukcji.

Indukcja porodu.

Rano (38tc+1) podczas badania przez nową zmianę stwierdzono, że ciąża donoszona, więc wywołujemy poród. Byłam w takim szoku, że nawet nie zaoponowałam. Założono mi balonik i 50 ml (albo 60? już nie pamiętam) płynu.

Bujałam się z cewnikiem Foleya cały dzień. Chodziłam po schodach, pół nocy robiłam bocianie kroki, masowałam sutki i skakałam na piłce. Cały czas nie wiedziałam co będzie dalej. Następnego dnia, o szóstej rano, położona wzięła mnie badanie – usunęła balonik, rozwarcie 1 cm. Wróciłam na salę, ale położna powiedziała, że będziemy indukować (wywoływać poród) i mam przygotować sobie rzeczy na porodówkę.

W tym momencie nogi się pode mną ugięły. Ręce tak drżały, że nie potrafiłam się zebrać, a w oczach miałam łzy przerażenia (teraz też mam, gdy o tym piszę). Przez wszystkie pozytywne opinie o Oleśnicy mimo wszystko nadal miałam zaufanie do zespołu, że wiedzą co robią. Było już 38tc+2. O siódmej podłączono mi oxy + kroplówkę i założono KTG – byłam więc unieruchomiona. W głowie miałam myśli, że wszystko czego się nauczyłam o pozycjach porodowych było już nieważne. Bardzo miła położna zaproponowała mi siedzenie na worku sako i zostałam sama.

Na porodówce było cicho, byłam tylko ja.

Przez małowodzie piłam dużo wody. Miałam nadzieję, że to choć trochę pomoże Matyldzie. Podłączona kroplówka w połączeniu z wodą sprawiała, że okropnie chciało mi się siku. Nie mogłam pójść do toalety na korytarzu, bo byłam cała okablowana, a nie miałam kogo poprosić o odłączenie, bo nikt nie słyszał jak wołam.

Przyszła pora na badanie. Cała się trzęsłam ze strachu, a ciało było napięte jak struna, bo nadal nie byłam w toalecie. Badanie nie było dzięki temu najprzyjemniejsze.

Nadal zero postępu porodu.

Skurcze się pisały po 100, a ja nic nie czułam. Byłam pewna, że nie urodzę. Widziałam jak zmniejsza się ilość oxy w pompie, miałam już w głowie scenariusz cięcia cesarskiego, którego bardzo nie chciałam. Zagadywałam położną czy jest szansa, że urodzę, powiedziała, że z pewnością, ale może nie dziś – to dodało mi otuchy, że może uniknę cięcia.

Mijały kolejne godziny w bezruchu. Badania i zero postępu. Matylda mało się ruszała. Przez moment zebrało się kilka osób i już byłam pewna, że wezmą mnie na stół, ale zapis się poprawił. Od tego czasu jadłam przygotowane na poród cukierki i Mati zwiększała wtedy swoją aktywność. Włączyłam muzykę żeby się rozluźnić i pomóc Matyldzie w wyjściu. Trochę przysypiałam ze zmęczenia po nieprzespanej nocy.

O siedemnastej, po 10 godzinach na porodówce w samotności, dostałam pozwolenie na przyjazd męża. w międzyczasie skończyła się oxy i dostałam kolejną dawkę.

Tu historię skrócę.

Przyszła nowa zmiana, skurcze były bardzo mocne i częste, co półtorej minuty. Ciągle podpięta do KTG i oxy wyprosiłam przenośne KTG, te znów zjeżdżało i traciło zapis. Bolało jak diabli. Nie mogłam znaleźć sobie odpowiedniej pozycji, pod koniec wydawało mi się, że skurcze nie mają końca ani początku, za to na KTG pisało się w granicy 20. Miałam wrażenie, że wszyscy myślą, że udaję ból. Obce położone przychodziły w czasie badania i patrzyły z politowaniem, na tą co cały dzień ma 1 cm i jęczy.

Zapomniałam jak oddychać. Nie wiedziałam co mam robić, żeby pomóc Matyldzie wyjść. Powiedziałam Dominikowi, że byłam głupia, że zdecydowałam się na dziecko, że jestem na to za słaba, że kolejne tylko adoptujemy i że nie dam rady urodzić Matyldy, że chcę umrzeć, bo już nie mam siły. Błagałam o cesarkę, której bałam się najbardziej na świecie.

Skończyła się druga OXY, była dwudziesta czwarta. Badanie przez nowego lekarza – 1 cm. Zbiegowisko osób, których nie znam. Wszyscy ciekawi co dalej. Komentarz obcej położonej: „no, ona tak od rana”. Doktor stwierdza, że na dzisiaj to koniec i mam się wyspać. Położna zaleca gorący prysznic. Ciągle czuję sztucznie wywołane skurcze. Wracam skonana na salę. Nie mam siły płakać, ale czuję że przegrałam. Zasypiam ze skurczami w ułamku sekundy, nie wiem co przyniesie rano.

31.01. indukcji porodu ciąg dalszy.

Dzień rozpoczyna się od KTG o szóstej. Po nim znów zasnęłam, a doktor z porannej zamiany nie może mnie dobudzić. Jest trochę zabawnie. Doktor informuje mnie że mam przyjść na badanie. Porodówka pełna, położne i lekarze mają ręce pełne roboty – badanie przesuwa się na godzinę dziesiątą.

Zdążyłam się już nastawić bojowo. Chcę się wypisać – urodzę wtedy, gdy moje ciało będzie na to gotowe. Jest przecież dopiero 38+3, a małowodzie nie jest powodem do indukcji. Odważna byłam na swojej sali, ale nie z rozkraczonymi nogami na fotelu w trakcie badania. Zostaje mi założona tasiemka z prostaglandyną. Pociesza mnie fakt, że to naturalny hormon, że mogliby mnie już ciąć, przebić pęcherz albo podać znowu oxy. Koleżanka z łóżka obok też ma tasiemkę, a jest pod opieką prywatnej położonej, więc chilluje.

Zwymiotowałam. Dzisiaj opiekuje się nami położna Paulina, dogląda nas mimo szaleństwa na porodówce.

O dwunastej przyjeżdża Dominik. Mam skurcze, coraz bardziej regularne, ale nie liczę ich – po doświadczeniach z oxy uważam, że i tak przecież nie ma rozwarcia i na pewno nie rodzę, więc nie informuję położnej. Nie mam siły zjeść obiadu. Płaczę Dominikowi w koszulę, nie chcąc straszyć innych dziewczyn z patologii, że nie chcę i nie dam rady urodzić. Dominik wraca do domu żeby wyjść z psami i zdążyć przyjechać na poród, ja próbuję rozchodzić ból. Po piętnastej, krok za drzwiami naszej sali, zgina mnie na skurczu. Słyszę od innej położnej, że mam nie chodzić po korytarzu i nie straszyć ludzi. Od tego momentu będzie już tylko lepiej, to ta pozytywna część porodu, po której wiem że chcę urodzić więcej dzieci.

Magiczne 4 cm rozwarcia – zaczynamy poród.

Nasza położna poinformowana, że zginam się z bólu proponuje badanie. Mam 4 centymetry! i teraz zapominam już o całym dramacie dnia wczorajszego. Paulina pyta czy chcę iść na porodówkę. Odmawiam, czuję blokadę przed tym miejscem. Proponuje więc żebym poszła pod prysznic z piłką. Jest cudownie, wiem że chcę być tam jak najdłużej. Nie wiem ile spędziłam czasu, ale Paulina przychodzi kontrolować czas skurczy, które mierzę na telefonie. Nie wierzę, że to już poród. Skurcze są tak częste, że przed osiemnastą decyduję nie marnować sił i iść tylko w szlafroku prosto spod prysznica na porodówkę. Starsza położna reaguje na to z dezaprobatą, gdy położyłam się na łóżku do wyciągnięcia tasiemki całkiem nagusieńka ????. Potem to już leciało.

Porodówka, 18:00.

O osiemnastej zdenerwowana dzwoniłam między skurczami do Dominika. Nie zrozumiał wiadomości, że ma przyjechać. W 30 minut przejechał 30km, co po osiemnastej z Wrocławia do Oleśnicy jest szalonym czasem, biorąc pod uwagę, że po drodze mijał wypadek. Ja do tego czasu kręciłam biodrami na piłce. Poszliśmy razem pod prysznic. Znów nie wiem ile czasu tak spędziliśmy, ale zdecydowałam się spod niego wyjść, tylko dlatego, że jest tylko jeden na wszystkie rodzące (wraz z toaletą), a oprócz mnie na pewno rodziły jeszcze dwie inne panie. Tak, nawet podczas porodu myślałam bardziej o innych niż o sobie :p Wróciłam na swoją salę (notabene, tę samą na której dzień wcześniej chciałam umrzeć – lawendową), kręcę się na piłce i oddycham głośno przeponą na skurczach.

Mam 7 centymetrów rozwarcia!

Przyszła do nas położna, zapytała czy się badamy i czy chcę skorzystać z gazu – oj jak bardzo chciałam! W badaniu wychodzi, że mam 7 centymetrów rozwarcia! Jestem w szoku, że to już. Gaz może być podany albo na leżąco albo na siedząco. Skurcze są tak częste, że decyduję po badaniu zostać już na łóżku i przyjmuję bardzo dla mnie wygodną pozycję – na boku z uniesioną nogą.

Położna instruuje jak zaciągać gaz – oczywiście za pierwszym razem robię to za późno. Na kolejnych skurczach jestem coraz bardziej rozluźniona, czuję jak nadchodzi fala odrętwienia po głębokim wdechu. Czuję się jak na haju, ale mi to nie przeszkadza. Gaz schodzi z organizmu bardzo szybko, kwestia kilku sekund, a czuję się cudownie. Między wdechami Dominik podaje mi do ust kostki lodu, które świetnie zastępują picie wody i cudnie zamrażają mózg, więc znów mniej czuję. Szczęśliwa mówię położnej i lekarce, że dzisiejszy poród, a wczorajsza indukcja, to niebo a ziemia.

Jestem tak odrętwiała, że nie potrafię wyciągnąć ustnika, żeby wziąć lód. Wypluwam go, a potem krzyczę na Dominika wydając z siebie głośne „yyyyy”, że ma mi go z powrotem włożyć, i to jest jedyny moment podczas całego porodu, gdy na niego krzyczę :D. Śmieje się, że nie działa lampa, która miała oświetlać moje krocze. Gdy było tak intensywnie, że nie wyciągałam gazu z ust lekarka zaproponowała badanie, mam pełne rozwarcie. Proponują zejście z łóżka i parcie w pozycji wertykalnej. Nie mam jednak siły zejść, chcę zostać tam gdzie jestem. Składają więc łóżko w fotel z podnóżkiem.

Drugi etap porodu.

Etap parcia pamiętam bardzo słabo. Na pewno w pewnym momencie przestałam rodzić i krzyczałam, że nie chcę pęknąć, a doktorka robiła wszystko żebym nie pękła. Współpracowałam gdy miałam oddychać, ale potem była dzikość. Według Dominika położna powiedziała, że jakby szatan we mnie wstąpił, a ja po prostu parłam spontanicznie ????. Wody odeszły w trakcie porodu, zapytałam położonej czy je przebiła, a ona poczuła się bardzo urażona tym pytaniem, więc przepraszałam wielokrotnie podkreślając, że nie miałabym nic przeciwko :D.

Najpiękniejszy moment w moim życiu.

Przed porodem bardzo chciałam dotknąć główki, gdy będzie taka możliwość, bo wydawało mi się, że to tylko doda mi siły. Jednak gdy już miałam możliwość dotknąć Matyldy, to kilka razy zdecydowanie odmówiłam, bo chciałam jak najszybciej skończyć.. Na szczęście dotknęłam w końcu główki i byłam w szoku jaka jest maleńka, pomyślałam, że co to za wyczyn urodzić takie malutkie dziecko, że inne mamy na pewno mają trudniej, wtedy już poszło ekspresowo.

Matylda urodziła się 31.01 o godzinie 20:55, z wagą 2780 gram.

pierwsze próby karmienia na porodówce

Masz jakieś pytania? Codziennie spotkasz mnie na moim Instagramie: www.instagram.com/mamalesswaste i tam też szybciej na nie odpowiem :).

Myślisz, że komuś może się przydać ten wpis? Śmiało go udostępnij i puść dalej w świat.


Przeczytaj też: Czym jest rodzicielstwo bliskości? Osiem filarów., Podkład wielorazowy – zamiennik jednorazowego podkładu do przewijania. i Olej ze słodkich migdałów – wyprawka less waste.


Lubisz moje treści i chcesz mnie wesprzeć? Napij się ze mną kawy 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz